Recenzja: Port Ellen 1975 #155 Signatory

W okresie świątecznym zawsze sięgam po coś wyjątkowego. Kryteria te spełnia kultowa destylarina Port Ellen z Islay. Zwłaszcza, jeśli bardzo zaufana osoba mówi, że to jedna z najlepszych whisky jakie piła.

O samej whisky

Destylat ze styczna 1975 roku spędził 23 lata w pojedyńczej dębowej beczce nieznanego typu numer 155. Butelkowanie w mocy 43% nastąpiło w lipcu 1998 po filtracji na zimno, jednak bez barwienia.

Kolor: jasnozłoty
Zapach: grillowany banan, mokry torf, karmel, delikatny mentol, spalone drewno, słone glony, przypalona słoma
Smak: spalone drewno, cytrusy, słodkie chilli, benzyna, mentol, odrobina plastiku
Finisz: spalone drewno, słodko-pieprzny, popiół, mentol

Pachnie jak mniej agresywny i ugrzeczniony młody Lagavulin ze sporą dozą spalonego drewna charakterystycznego dla Laphroaiga. Nos ogółem bardzo przyjemny. W smaku czuć niestety redukcję mocy i działa to zdecydowanie na niekorzyść whisky. Tutaj też bardziej zmierzamy w stronę Laphroaiga z mocno dominującym popiołem. Finisz dosyć płaski ze zubożonymi aromatami z języka.

Jest to dobra pozycja, niestety daleko jej do najlepszych whisky jakie ja piłem. Jest to również najsłabsza
Port Ellen w moim kieliszku. Osoba polecająca mi ją sama jednak twierdzi, że whisky to tylko jeden z elementów degustacji. A wiem, że tę whisky piła w doborowym towarzystwie na brzegu wyspu Islay Ciężko przeskoczyć taki klimat.

Ocena: 88/100