Wizyta: Whisky&Friends 2022

Po trzech latach nieobecności festiwal organizowany przez M&P powraca. Nowa lokalizacja, kilka nowych marek, sporo sprawdzownych destylarnii.

Nowa lokalizacja to Fabryka Norblina, czyli samo centrum Warszawy. Komunikacyjnie na pewno dogodniej niż poprzednia edycja w hotelu przy lotnisku na Okęciu. Powierzchniowo mniej, ale wystarczyło. Właściwie jedyne mankamenty to brak klimatyzacji (momentami robiło się lekko ciepło i duszno, ale bez dramatu) oraz brak sal na masterclassy. Wszystkie degustacje odbywały się w jednej sali kinowej, co niestety odbiło się na harmonogramie, gdyż prowadzona byłą jedna sesja na raz. Duży plus to zaplecze gastronomiczne na miejscu oraz najbliższej okolicy.

W tym roku człon Friends był wyjątkowo wyeksponowany. Nie będę się za bardzo rozpisywał, ponieważ poza whisky interesowało mnie jedynie stanowisko rumu Hampden. Jeśli ktoś jendak lubi, to mógł spróbować sporo okowit, rumów, koniaków, brandy, sherry i nawet wódek. W zasadzie cały import M&P poza winami.

Ale do rzeczy, co ciekawego wylądowało w kieliszku z whisky?

Springbank

Nie ukrywajmy, że Springbank to perełka w ofercie M&P. Masterclass, jak i samo stanowisko, były głównymi powodami dla których wybrałem się na festiwal. Poza najnowszymi wydaniami, czyli Springbank 10YO Local Barley i Longrow 15YO Red Pinot Noir w degustacji pojawił się nowy rozlew Springbank 25YO B. 2022. Na stanowisku można było spróbować poprzedniej edycji Springbank 10YO Local Barley z beczek po sherry jak i kilku poprzednich Longrow Red. Crème de la crème to Springbank 25YO butelkowanie 2016. Do tego kilka innych starszych edycji z destylarni, sporo batchy 12YO Cask Strength, dwie butelki z cage oraz starsze podstawki m.in. edycje CV.

Kilkerran

Jak Springbank to i siostrzana destylarnia Glengyle. Na łączonym masterclassie pojawiły się nowe Kilkerran 8YO Cask Strength Batch 6 z beczek po sherry oraz, równolegle wydany, Batch 7 z beczek po porto. Na samym stanowisku spróbować można było starszych batchy 8ki w CS, edycji Heavily Peated oraz ciekawych Work in Progress. Jako, że podstawki i 8-latki w więszkości piłem, skupiłem się właśnie na serii WiP.

Kilkerran Work in Progress 6th Release Sherry Wood

Diageo

Stoisko Diageo było najbardziej okupowanym przeze mnie podczas Whisky Live Warsaw 2021. Od czasu tamtego festiwalu pojawiło się w ofercie kilka nowych butelek. Oczywiście nie zabrakło najnowszego rozlewu Diageo Special Release. Poza tym chyba wszystkie dostępne Distillers Edition, ostatnie wydanie z serii Fauna & Flora i starsze, jeszcze wiekowe butelki DSR (tutaj bardzo przypadł mi do gustu Convalmore 1984 DSR 2017 oraz, pita po raz kolejny, Dailuaine 1980 DSR 2015). Bez kuponów można było spróbować nowego Johnnie Walker Black Label Sherry Finish oraz Talisker Skye.

Bruichladdich

Na stanowisku Bruichladdich nie zabrakło nowości serwowanych przez Mateusza Zabiegaja. Port Charlotte 2012 SC: 01 (mająca zresztą polską premierę podczas festiwalowej degustacji), Port Charlotte 2013 z uwielbianej przeze mnie serii Islay Barley oraz nowy single cask Bruichladdich 2010 #0922, czyli beczka po bourbonie wybrana przez Mateusza dla Laddie Crew Poland. Poza tym dobrze znane i lubiane podstawki.

Brown-Forman

Brown-Forman, czyli przedstawiciele takich globalnych marek jak Jack Daniel’s czy Woodford Reserve, którego oczywiście nie zabrakło w kilku wydaniach. Poza tym BenRiach, Glenglassaugh i GlenDronach. Mnie interesował w zasadzie tylko ten ostatni, a raczej edycje single cask. Jako, że podstawki są dobrze znane to skusiłem się na otwartą drugiego dnia festiwalu GlenDronach 1990 Pedro Ximenez Puncheon #7006 w wieku 30-lat. Bezapelacyjnie whisky festiwalu. Wspaniały styl starych butelkowań Gordon & MacPhail. Byłem w szoku, że takie beczki były jeszcze dostępne na początku lat 90. i butelkowanie kilka lat temu.

GlenDronach 1990 Pedro Ximenez Puncheon #7006

Pozostali

Innych stoisk w zasadzie nie odwiedzałem, lub robiłem to sporadycznie. Warto wspomnieć o nowości w ofercie M&P, czyli izraelskiej destylarni Milk & Honey. Słyszałem wcześniej, spróbowałem dwóch podstawek i się nie zawiodłem.

Całkiem ciekawe było także stanowisko baru prowadzonego przez M&P, czyli Whisky & Cognac Club. Tutaj spróbowałem butelkowanego niedawno dla tego dystrybutora Glenliveta 18-letniego oraz dwóch starszych wydań Glenglassaugh – 26-letniej i 30-letniej. Widziałem także kilka niedostępnych już wypustów Tobermory i Ledaig.

Stoisko Kilchomana oczywiście było, niestety dosyć biedne. W tym roku nie odbył się również masterclass poświęcony tej destylarni. Poza podstawkami, czyli Machir Bay i Sanaig, na kupony dostępny był Loch Gorm, ostatnia edycja Feis Ile, czy single cask po bourbonie z serii M&P Cask Collection. Ja skusiłem się na drugą beczkę Kilchomana z tej serii, tym razem po mezcalu i było to zaskoczenie na plus.

Kilchoman 2013 Mezcal #725 M&P Cask Collection Club

Na festiwalu nie mogło zabraknąć GlenAllachie. Szczególnie się nie interesowałem, ale widziałem, że ruch był. Można było spróbować większość podstawek, a z rzeczy ciekawszych 32-letnią single cask z 1989 roku, którą piłem w Mediolanie. Oczywiście dostępne były różne wersje blended malt MacNair’s Lum Reek, ja zaś skusiłem się na blen White Heather 21YO i zdecydowanie nie żałuję.

White Heather 21YO

Oddzielne stanowisko posiadał również jedyny niezależny bottler z ofercie M&P, czyli Murray McDavid. Nie zaprezentowano jednak żadnych nowych butelek, a jedynie te będące w polskiej dystrybucji już od jakiegoś czasu. Wśród nich opisywana już na blogu Cult of Islay 1988.

Miło wspominam wizytę na standzie Idziemy na whisky, gdzie można było porozmawiać i zamówić książkę Rajmunda Matuszkiewicza Droga Whisky. Pozdrawiam i czekam na swój egzemplarz.

Podsumowanie

Jak widać festiwal nie obfitował ani w nowości ani w niesamowite ilości rzadkich butelek. Mimo to towarzysko wypadł bardzo dobrze. Ogólna luźna atmosfera i brak gonienia za butelkami to miłe uczucie. Początkującym zaoferowano całkiem sporo opcji w cenie biletu, a osoby bardziej wymagające, które wiedziały czego szukać, również powinny być zadowolone. Ja wybrałem się na dwa dni, ale wyłącznie ze względów towarzystkich. W jeden wieczór spokojnie można było zaliczyć najciekawsze pozycje.