Wizyta: Milano Whisky Festival 2021

Milano Whisky Festival to pierwszy festiwal zagraniczny na jaki się wybrałem. Festiwale niemieckie są regularnie odwiedzane przez bywalców z Polski i zasadniczo dobrze zeksplorowane. Łatwo więc zasięgnąć języka, podpytać o poziom, degustacje i kwestie logistyczne. Mediolan był zagadką, jednak wierząć we włoskich importerów i bottlerów postanowiłem zaryzykować. Okazało się, że nie tylko ja bo na miejscu poza klubowy kolegami z Fine Spirits Club pojawiła się też reprezentacja z kręgów The Taste of Whisky. Pozdrawiam serdecznie.

Sam festiwal trwał trzy dni (od soboty do poniedziałku) i odbywał się w ramach większych targów Artegiano In Fiera, skupiających się na rzemieślnikach. W rzeczywistości było tam wszystko, podzielone wedle krajów pochodzenia – odkurzacze, materace, świece, ubrania, i oczywiście kuchnia. Oznaczało to dzikie tłumy i ogromny teren całych targów. Wbrew oczekiwaniom, zaplecze gastronomiczne było bardzo słabe i drogie.

Wracając do tematu festiwalu. Jak już pisałem, postanowiłem zaufać Włochom i wykupiłem trzydniowy karnet oraz tylko jedną degustację. Nie będę dzielił wpisu po dniach, tylko po stoiskach lub tematycznie. Wynika to z faktu, że do niektórych stołów wracaliśmy wielokrotnie, a co lepsze whisky również probowaliśmy więcej niż raz.

Cadenhead

Cadenhead we Włoszech ma bardzo mocną pozycję. Ich stoisko znajdowało się najbliżej wejścia i było zdecydowanie największe. Tam rozpoczęliśmy festiwal, od razu od bardzo mocnych maltów.

Na pierwszy ogień poszły trzy whisky, które, wedle oczekwiań, lekką ręką osiągnęły pułap 90+. Były to 24-letni Springbank z 1994, 26-letni Ardbeg z 1993 oraz 28-letni Highland Park z 1992 butelkowany specjalnie dla sklepu Cadenheada w Mediolanie. Z tej trójki najbardziej smakował mi Ardbeg.

W kolejnych dniach spróbowaliśmy również starszych grainów. Były to 31-letni Port Dundas również butelkowany dla mediolańskiego sklepu, oraz 35-letnia North British. Obie przyjemne i poprawne, ale daleko im do rewelacji. Mimo to, zawsze kiedy mam okazję próbuję tak starych grainów.

Zaciekawił mnie również młody i ciemny Ben Nevisa. Nie będzie zaskoczniem, że whisky ta była przesherrowana i charakter destylarni był ledwo wyczuwalny. Z ciekawości spróbowałem również 27-letniej Glen Scotii. Zaskakująco dobra i ciekawa – mocno metaliczne nuty przypominały mi trochę Dailuaine.

Pod koniec dnia drugiego zawitaliśmy u Cadenheada ponownie, tym razem na dłużej. Byliśmy gotowi na przygodę, udaliśmy się więc w kierunku nieoczywistym. A mianowice do Indii, gdzie przywitała mnie destylarnia Paul John i ich 7-letnia whisky, oraz do USA, gdzie skosztowaliśmy 16-letniej whiskey z Tennessee. Ta druga okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem, chociaz Paul Johnowi nic nie brakowało.

Wizyta na stoisku skończyła się zakupem młodej torfowej Bunnahabhain. Bo wiadomo, że jak Bunna to tylko torfowa.

Chorlton Whisky

Chorlton to stosunkowo nowy brytyjski bottler, który dopiero zaczyna działać na arenie międzynarodowej. O ich bottlingach słyszałem bardzo dużo dobrego, także skusiłem się na trzy, wydawałoby się, bardziej obiecujące pozycje. Były to 18-letni Longmorn po bourbonie, 31-letni Glentauchers oraz 23-letni Benrinnes również po bourbonie. Longmorn niestety trochę rozczarał, dwie pozostałe pozycje bardzo na poziomie.

WhiskyFacile

Będąc przy nowych bottlerach nie sposób nie wspomnieć o Davide i Jacopo z WhiskyFacile. Para blogerów zaczęła w tym roku butelkować (a raczej brandować) beczki pozyskane od Signatory i A.D. Rattray Sprobowałem ich 10-letniej Caol Ili oraz premierowej 13-letniej Orkney. Caol Ila niestety przekręcona beczką, chociaż wciąż niezła. Orkney to nie mój smak, moim zdaniem beczka nie była zbyt aktywna. Wiem jednak, że niektórym podeszło, mi z każdym dramem też smakowała coraz bardziej. Życzę chłopakom powodzenia w dalszej selekcji.

Hidden Spirits

Hidden Spirits to całkiem znany i lubiany w naszym kraju włoski bottler. Poza swoimi własnymi bottlingami na ich stoisku znalazły się również ostatnie wypusty Sansibar czy Milroy’s.

Tematycznie więc, dwa Springbanki. Ten od Sansibara z 1996 niestety trochę odstawał, beczka do sherry z finiszem maderą brzmi jak ratowanie słabej whisky. I tak zapewne było. Nie za dużo czuć było tam Springbanka. Za to Milroy’s 1992 świetny.

Kolejna parka to Clynelish. Ponownie jeden dla Milroy’s z 1997 a drugi dla Sansibara z 1996. Oba po bourbonie, czyli to co lubię najbardziej. Tutaj z kolei Sanibar wypadł nieznacznie lepiej. Obie w okolicach magicznych 90 punktów.

Trzecia para to Ben Nevis. Trochę nierówna walka, bo jest między nimi 10 lat różnicy. 25-letni Ben Nevis 1996 Milroy’s z beczki kolejnego napełnienia po sherry wypadł bardzo dobrze, ale nie zaskoczył. Z kolei 12-letniBen Nevis 2006 od Hidden Spirits trafił do kieliszka w ramach ciekawoski. Słód do jego produkcji pochodzi ze słodowni Port Ellen, czyli został zadymiony torfem z Islay. I to aż do 50ppm. Jak na młody wiek bardzo dobra pozycja. Ciekawy czy to taki sam przypadek jak opisywany niedawano mocno torfowy Ben Nevis dla Rolf Kaspar? Inny rocznik, ale może geneza taka sama?

Na dokładkę spróbowałem jeszcze Lochindaala, czyli mocno torfowego Bruichladdich, z własnego bottlingu Hidden Spirits. Wszystkie które do tej pory piłem trzymały poprawny poziom, tak też było tym razem.

Laphroaig

Degustację Laphroaiga odpuściłem licząć, że jedynie dwie butelki których nie mam i nie piłem będą dostępne na stoisku. Tak też na szczęście się stało. Butelka Laphroaiga na której najbardziej mi zależało to najnowsza 33-latka z serii The Ian Hunter Story. Była bardzo dobra, jednak mimo to trochę mnie rozczarowała. Wziąłem sampelek do rozpracowania na spokojnie, tak samo jak najnowszego wydania wersji 25-letniej. Do porównania ze starszym wydaniem, które mam na półce.

Na jednym z prywatnych stoisk trafiłem też 13-letniego Laphroaiga 1998 od Berry Bros & Rudd z beczki po bourbonie. Smakował dokładnie tak dobrze jak brzmiał. Ze stołu A.D. Rattray również wybrałem Laphroaiga. Ich ostatni Williamson to chyba najstarsza do tej pory whisky z serii – 16 lat w beczce po bourbonie numer 800126.

Niestety nie udało mi się dorwać żadnego z legendarnych włoskich importów Laphroaiga 10-letniego.

Moon Import

Jak pisałem we wstępie, bardzo liczyłem na stare włoskie bottlingi. Samaroli niestety nie nie znalazłem, ale z nawiązką nadrobił to równie legendarny Moon Import.

Najlepszym co piłem na festiwalu bez wątpienia zostaje Port Ellen 1983 z serii Dovr-Toutes-Mares. Dosyć młoda, bo jedynie 14-letnia, ale z genialną teksturą i pełnością. Bardzo ciekawa pozycja to także Bruichladdich 1983 z serii De Viris Illustribus. To zdecydowanie mniej przystępna pozycja, ale po kilku minutach w kieliszku łagonieje i pokazuje kunszt selekcji Moon Import. Jednak pierwszy kontakt nie był zbyt udany.

Na innych stoiskach udało się także trafić na dwie butelki wydane na 40-lecie Moon Import w serii Prohibition, czyli Caol Ile 2007 i Glen Moray 2008. Caol Ila mimo rozwodnienia trzymała świetny poziom.

Więcej Springbanków

Nie jest tajemnicą, że Springbank to moja ulubiona destylarnia. W gąszczu butelek udało mi się wypatrzeć kilka starszych bottlingów, których wcześniej nie piłem. W końcu napiłem się Sprinbanków z ceramiki. Byłem ich bardzo ciekawy, wydaje mi się jednak, że cermiczne karafki nie przetrwały próby czasu. Czarna karafka była dosyć słaba i mało Springbankowa. Czerwona odrobinę lepsza, ale dalej nic specjalnego. Wolałbym się napić obecnej 10-latki.

Trochę lepiej wypadły starsze bottlingi z tego stulecia. Batch 13 z mojej ulubionej serii Cask Strength wypadł świetnie. Zdecydowanie jeden z lepszych batchy. Springbank 1996 z beczki po Fino numer 264 butelkowany z okazji festiwalu w 2009 był ciekawy, jednak nie do końca przypadł mi do gustu. Miał bardzo taniczny, długi i wytrawny finisz. Warto jednak spróbować.

W tym momencie wspomnę, że w latach poprzednich z okazji festiwalu butelkowano między innymi Port Ellen. W tym roku był to dosyć młody Benrinnes od Wilson & Morgan. W zeszłym roku Caol Ila od tego samego bottlera.

Gordon & MacPhail

Gordon & MacPhail nie mieli swojego stanowiska, jednak ich bottlingi, które znalazłem na różnych stoiskach, prezentowały bardzo dobry poziom. Na wyróżnienie zasługuje 17-letnia Caol Ila rocznik 1981 w mocy beczki. Zdecydowanie jedna z najlepszych whisky festiwalu. Miałem spore oczkiwania do 14-letniego Benromacha rocznik 1982, również w mocy beczki, jednak wypadł dosyć blado. Zdecydowanie zbyt agresywny. Podobnie stary bottling z 1999 roku 15-letniego Mortlacha z linii Distillery Labels. Świetny nos, ale dalej ciut płasko.

Jack Wiebers

Jack Wiebers Whisky World to niemiecki bottler, jednak sporo jego butelek znalazło się na festiwalu. Mimo niezłych parametrów, mało co zapadło mi w pamięć. 22-letni Glen Grant 1995 był całkiem niezły, 20-letnia Jura 1997 nawet dobra, ale nie jest to nic o czym śniłbym po nocach.

Glen Keith z 1996 był dosyć słaby i mydlany. Najciekawszą, chociaz nie najlepszą, whisky okazał się młody Glencadam. Po kilku podejściach destylarnia ta trafia na moją listę whisky do zgłębienia.

Na stanowisku dystrybutora Lost Dram były równiez butelki od Morrison Scotch Whisky Distillers z linii Carn Mor oraz z destylarni GlenAllachie. Na wyróżnienie zasługuje Benrinnes 1995 jeszcze ze starej linii Carn Mor oraz 32-letni single cask po PX GlenAllachie 1989, którą to piłem w degustacji. To nowa najlepsza GlenAllachie jaką piłem. Resztka buteki wróciła ze mną, także niedługo także pojawi się na blogu.

Blendy i inne starocie

Zacznijmy od blendów. Stare blendy to również coś co chodzi mi po głowie od dłuższego czasu. Po spróbownaniu paru jestem ich jeszcze ciekawszy i ruszam na zakupy. Należy wspomnieć o Passporcie z importu Ramazzotti oraz Ballantine’s 17YO z importu Spirit Genova. Pijąc takie whisky można zrozumieć globalną popularność blendów. White Horse Fine Old Scotch Whisky Montenegro niestety trochę zawiódł – może trafiłem na zbyt nowy bottling?

Pare starych, bardziej standardowych maltów również udało się napić. Bardzo przyjemnie było się napić starego Glenfiddicha. Tylko 8 lat, a smakuje świetnie. Porównałem go z bardziej współczenym bottlingiem, a mianowicie Warhead, czyli tea-sponned Glenfiddichem, or Valinch & Mallet. To był pierwszy dobry wspołczesny jeleń od długiego czasu.

Udało się również ustrzelić ciekawą parę Highland Park. Stare wydanie 18-latki oraz niezależne butelkowanie beczki po bourbonie z rocznika 1989. Niestety, oba tylko poprawne, bez fajerwerków

Z innych ciekawostek, wspomnieć należy 21-letni Tomatin z 1968 roku, cudnie tłusty i gęsty. 10-letni Auchroisk, czyli destylarnia którą sam nie wiem za co lubię, z rocznika 1983, będąca pierwszą destylarnią z linii The Singleton od Diageo. Kolejny staroć to oficjalne butelkowanie Tomintoula z 1965 dla importera Liquorama. Chociaż tutaj raczej nie za smak, bo nie wyróżniał się. Widać, że nie wszystkie stare bottlingi były takie świetne.

Pora na butelki wzbudzające zdecydowanie większe emocje i bardziej rozpoznawalne. Nie mogłem pominąć 17-letniego Ardbega z początku wieku. Bardzo dobry, ale liczyłem na więcej. Spróbowałem również starego Macallana z importu Giovanetti & Figli z chęcią w końcu zrozumienia fenomenu marki. Pachniał obłędnie, ale na języku był mocno płaski. Zaciekwaił mnie również Rosebank z bottlingu Douglasa McGibbona. Nie myślałem, że whisky z Lowland może być taka tłusta i wyrazista. Zdecydowanie cieszę się, że spróbowałem whisky z tej nieistniejącej już destylarni.

Nie można zapomnieć o klasykach ze Speyside. 10-letni Glenfarclas z importu Averna Caltanissetta był jednak tylko poprawny. Zaledwnie 5-letni Aberlour Pure Malt smakował za to conajmniej dwa razy starzej. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak 12-letni Glenlivet Unblended All Malt na rynek włoski. Niesamowice gładki i pijalny, świetnie zbalansowany.

Z rzeczy mniej oczywistych, w moje ręce wpadła kolejna Caol Ila 1989 butelkowana przez Signatory. Ciekawa o tyle, że butelkowana dla Veliera, czyli firmy, która jednak dużo bardziej kojarzy się z rumami. Nie mogłem nie spróbować również Carhu 12-letniej w importu Wax & Vitale. To właśnie na ich Laphroaiga miałem największą ochotę. Koło zamyka bottling Cadenheada. Ale nie byle jaki, ani też nie z oficjalnego stanowiska. W sampelku do domu zabrałem whisky z legendarnej serii Dumpy pochodzącą z zamkniętej destylarni Glen Mhor.

Podsumowanie

Z wyjazdu jestem bardzo zadowolny. Jakie unikatowe butelki było dane mi spróbować, każdy widzi. Stare bottlingi z włoskiego importu, po raz pierwszy spróbowane zamknięte destylarnie, kolejne Port Ellen. Dokładnie o to mi chodziło. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko tego starego Laphroaiga i drugiej Port Ellen.

Patrząc z perspektywy czasu, dwa dni byłyby jednak wystarczajaco. Logistycznie również wolałbym starą lokalizację festiwalu, czyli hotel, a nie halę targową. Bardzo chętnie wrócę za rok.

W międzyczasie już upolowałem starego Glenfiddicha, teraz szukam Ballantinesa.

5 Comments

  1. […] Wizyta: Milano Whisky Festival 2021 […]

  2. […] Wizyta: Milano Whisky Festival 2021 […]

  3. […] Wizyta: Milano Whisky Festival 2021 […]

  4. […] Wizyta: Milano Whisky Festival 2021 […]

  5. […] Wizyta: Milano Whisky Festival 2021 […]

Dodaj komentarz

Czytam i polecam: DramHunter | MaltVader | Fine Spirits Club